Co się używa to się zużywa

W następnym liście do Mikołaja poproszę o zdolność zatrzymywania czasu. Wyobraźcie sobie tylko: wchodzicie do wanny, pyk i możecie pluskać się do upartego, a nikt z zewnątrz nie będzie się dobijał do łazienki z krzykiem, że to już przesada. Albo można wstać rano na kwadrans przed godziną zajęć, pyk, spokojne śniadanko, prysznic, dokładny makijaż i powolny spacerek na uczelnię. I można, bo się zdąży. O mamo, jak mi to potrzebne... :(
Ale na pocieszenie - odebrałam dzisiaj wyniki swojej matury. Którą pisałam na przekór, bo w tym roku kończę filologię na przedmiocie, z którego właśnie była matura. Kochane, jestem przeszczęśliwa mogąc pochwalić się, że uzyskałam 98%! ^^ Niestety, jedynie z podstawy, ale za rok mam jeszcze szansę ugryźć rozszerzenie. A moja Mama nadal ma do mnie pretensję, że nic jej nie powiedziałam, że znowu jestem maturzystką :)

To moje pierwsze wyrzutki, ale nieśmiało chciałabym je Wam przedstawić. Zdjęcia są koszmarne, wiem. Musicie mi wybaczyć, ale to właśnie efekt pakowania się i wynoszenia ze stancji. Połowa moich rzeczy już pojechała do domu, a część jeszcze została. Gdy dojdę do pakowania wszystkich kosmetyków to chyba się ugnę pod ich ciężarem :)


Pierwsze pod rękę podeszło mi puste opakowanie po tuszu do rzęs Virtualise curly z Butterfly.
Tani, kosztował chyba 4 złote. Kupiony na już, bo potrzebowałam jakiegokolwiek tuszu, a swój oczywiście zostawiłam w domu. Jak na podkręcający to nie podkręcał, pogrubiał, troszeczkę sklejał rzęsy (ale ja rzęsy to akurat mam upośledzone i umalowanie ich, żeby były cacy to już dyscyplina olimpijska). Zadowalający tusz na awaryjne sytuacje. Szczoteczka standardowa, z włosia, lekko zwężająca się ku końcowi, nabierała wystarczającą ilość tuszu. Po kilku miesiącach zgęstniał, więc mówimy mu papa.
Coś pomiędzy kolorówką a pielęgnacją to pomadka z Nivei o smaku owocu pasji. Dawny zakup, resztkę znalazłam w kieszonce płaszcza. Dostałam ją od Mamy, bo ja za Niveą nie przepadam. Pomadka była średnia, usta leciutko podkreślała kolorem. Nawilżała przyzwoicie, ale nie wrócę do żadnej z pomadek tej firmy.
Dove lubię bardzo, a krem do rąk był jednym z lepszych, które używałam. Z pielęgnacją dłoni mam pod górkę, bo większość kremów zostawia tłustą warstwę i długo się wchłania. Ten był jednak inny, do tego dobrze nawilżał.
Na kremie usadowił się balsam do ust Tisane, który kupiła mi Mama. Małe cudeńko, nawilża, koi i pomaga przy suchych ustach po lip tintach. Ma zasłużoną sławę.
Następny proszę! O, tego możecie nie znać - zmywacz do paznokci z nagietkiem firmy Blue. Tanioszek, malutki i przyjemny. Całkiem dobrze zmywał, zdarzało mu się rozmazywać czerwone lakiery. Cudownych zdolności nagietka nie odczułam ani ja, ani moje paznokcie.
Kolejny produkt z kolorówki lakier do paznokci Wibo dający efekt wężowej skóry.
Malutkie cudeńko, które bardzo, ale to bardzo lubiłam. Świetny efekt za małe pieniądze. Nigdy nie użyłam go na przeznaczonym do tego lakierze, ale działał bardzo ładnie na lakierach z różnych firm. Sporadycznie ściągał lakier, na który był nałożony. Teraz zgęstniał, a szkoda :(


A tu żel pod prysznic Ives Rocher Czekolada & malina, czyli 'bądź słodką delicją pod prysznicem!'. Cudowny zapach, na skórze pachnie jeszcze lepiej niż w butelce. Mimo że nie wymagałam od niego wiele, to dobrze nawilżał. Zapach pozostawał na skórze przez jakiś czas, został bardzo doceniony przez mojego chłopaka. Cudeńko, mam nadzieję, że przez kolejnymi świętami Yves Rocher wypuści równie udaną limitkę.
Z kolei szampon nawilżający DeBa męczyłam długo i wciąż nie mogłam się go pozbyć. Skład był średni, żadnego nawilżenia nie odczułam. Jedyny plus, że nie plątał włosów. Nie kupiłabym ponownie.
Odżywkę DeBa kupiłam razem  z szamponem ,ale ona bardziej przypadła mi do gustu. Lekka, rzadka i właściwie to taka zwyczajna. Ale bardzo lubiłam emulgować nią oleje i nakładać przy braku czasu. Szukam jej następczyni na takie niezobowiązujące użycia :)
Kolejna już butelka Facelle, płynu do wszystkiego. Jak dobrze, że w tym przypadku to naprawdę prawda. Używałam go też jako szamponu, ale przy zwiększonym ostatnio wypadaniu musiałam zaprzestać. nowe opakowanie już rozgościło się w łazience, co tylko potwierdza zasadę, że dobrej drużyny się nie zmienia.


 Szampon do włosów z Barwy służył mi do oczyszczania włosów, a czasem i do prania ściereczki do ocm. Do tego był dobry, ale na codziennie używanie bym się nie zdecydowała. Tani, wydajny, jedyny minus to słaby skład. Rozcieńczałam go w małej buteleczce i oczyszczał dobrze, choć nie przedłużał świeżości włosów.
Płyn micelarny BeBeauty znamy chyba wszystkie. Moja skóra wypiła już trzy butelki i chyba ma dosyć. Zauważyłam, że zaczął podrażniać mi oczy. Zmieniłam go na płyn z Garniera, ale jest jedynie minimalnie lepiej. Z BeBeauty powrócę do żeli do twarzy, od micela na razie odpoczywam
Babydream używałam już od dłuższego czasu. Jednak nadal szukam jakiegoś delikatnego szamponu bez dodatku rumianku. Plącze włosy i konieczna jest po nim odżywka.
Tonik do twarzy Melisa zdobył mnie swoją łagodnością. Bezalkoholowy, w niskiej cenie, za to opakowanie ma dosyć niewygodne. Często wylewał zbyt dużo płynu na wacik. Ale czuję, że do niego wrócę. Zwłaszcza, że to polski produkt. Wspierajmy polskie firmy!

Peeling myjący od Joanny znamy chyba wszystkie. Tutaj wersja z grejpfrutem, zapachowo jedna z lepszych (chociaż porzeczkowy kocham i uwielbiam nadal). Peeling stosowałam do delikatniejszych stref, jak dekolt czy ramiona. Zazwyczaj mam u siebie choć jedną buteleczkę tego hitu:) W zdzieraniu nie jest specjalistą, ale lubię go za cenę i efekt.
Krem do rąk postanowił się zdublować na zdjęciach. Takie parcie na ekran, rozumiecie :)
Aksamitne mydło w płynie o zapachu mango od ABE kosztowało jedyne 5 złotych, ale bardzo je polubiłam. Myło dokładnie, zapach był przyjemny i nie odnotowałam żadnych podrażnień. Jest całkiem wydajne, pomimo używania przez pół rodziny :)
Emulsja do higieny intymnej Intimea nie była nawet taka zła. Nie podrażniała, ale i nie odświeżała na zadowalającym poziomie. Są lepsze.


Mój ulubieniec olejek pod prysznic Isany o zapachu melona i gruszki. Wolę wersję winogronową, ale pod względem działania oba są takie samej. Świetnie oczyszcza, nie podrażniając. Poza tym nawilża i natłuszcza skórę tak, że nie potrzebowałam już po nim balsamu. Polecam! :)
Żelu pod prysznic po opalaniu SunOzon używałam zimą, na przekór wszystkiemu. Orzeźwiający, męski zapach plus 'perełki jojoby' sprawiły, że bardzo go polubiłam. Na pewno w lecie zaopatrzę się w kolejny egzemplarz.
Ok, ten trzeci to najciekawszy kosmetyk. Erotyczny płyn do higieny intymnej od Bielendy był takim tylko z nazwy. Z moją przyjaciółką kupiłyśmy sobie po takim, ale niczym specjalnym nie zachwyciły. Płyn był różowy, dosyć rzadki, przy czym z lekka galaretkowaty. Mył, czyścił. Specjalnych właściwości nie odnotowałam. Ale zapach... To już interesująca rzecz, bo zapach z początku mnie wręcz irytował, a potem przyzwyczaiłam się do niego i nawet byłam skłonna polubić. Niemniej ciekawy za prezent :)

Tak, zmywacz też ma te same sny o karierze. Uwierzcie, ciężko nad takimi zapanować.
A teraz przyjemny nawilżający kremowy mus od Lirene. Przyjemny, bo stosowany pod pokład nie powodował jego ważenia ani podkreślania skórek. Nie stosowałam go na noc ze względu na filtr SPF (kto na noc smaruje się filtrem? :O), nawilżał średnio. Moja twarz sama z siebie świeci się dosyć szybko, krem nie wchłaniał się do matu. Taki średniaczek.
Maskę Aloes i Granat Alterra polubiłam, ale chyba nadal bardziej kocham odżywkę z tej serii. Nawilża, ułatwia rozczesywanie, wygładza. Mam wrażenie, że włosy są po niej bardziej mięsiste, grubsze.
I na koniec dwie pasty do zębów. Aquafresh3 więcej nie kupię, ta miniaturka wystarczyła mi na sporo czasu, a była kupiona na weekendowy wyjazd. Mocny smak jednak nie do końca mi odpowiada.
Himalaya czeka na swoją recenzję, bo zdecydowanie warto. Pasta przypominająca błotko, odświeżająca na niższym poziomie niż jej supermiętowe siostry zachwyciła mnie swoją delikatnością. I właśnie niespotykanym smakiem, choć może się to wydać dziwne. Nie wzmagała krwawienia dziąseł, co zawsze fundują mi drogeryjne pasty.

Uff, Nazbierało się tego. Jednak mam nadzieję, że jeszcze zdążę wyrzucić kilka opakowań, zanim się wyprowadzę na dobre. Teraz już wakacje! ^^

Komentarze

  1. Szampony z Biedronki daremne..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety. Mam małą nauczkę na przyszłość, żeby pilniej studiować opakowania:)

      Usuń
  2. Sporo tego się nazbierało ;) u mnie w denku też znalazł się ten olejek pod prysznic z Isany- bardzo ładnie pachniał ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jednak wole wersję winogronową, ale oba mają bardzo dobre działanie :)

      Usuń
  3. Lubię olejki Isany i płyn Facelle :)

    OdpowiedzUsuń
  4. wow ,ale tego dużo :O fajne produkty ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wszystko dlatego, że pudełko, do którego wrzucałam wszystkie puste opakowania postawiłam pod stołem i nie kontrolowałam co się w nim dzieje. Jednak mam nadzieję jeszcze wyrzucić kilka, bo inaczej mój bagaż będzie za duży :)

      Usuń
  5. Gratuluje matury hihi;) strasznie duże denko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :* Następne pewnie będą mniejsze :)

      Usuń
  6. Gratulację pomaturalne:)
    Z Twojego denka używałam m.in balsamu Tisane, który u mnie nie wzbudził większych zachwytów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuję :) Teraz zamiast Tisane mam Smackersa i jest o wiele, wiele gorszy ;/

      Usuń
  7. Z płynu Facelle i ja bylam zadowolona, natomiast kosmetyki DeBa to jakas maskara!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, zgodzę się. Ale opisy takie przyjemne, takie zachęcające... Nigdy więcej nie nabiorę się na takie pitupitu na opakowaniu.

      Usuń

Prześlij komentarz

Nie lubię reklam, ale komentarze i konstruktywną krytykę chętnie przyjmuję :)

Popularne posty z tego bloga

Kosmetyczne pamiątki z Litwy

Drogeria Ezebra - warto! Trochę dziecinne zakupy na Dzień dziecka :)

Blistex Raspberry lemonade blast - recenzja