Lemon&Black cherry lip balm - recenzja

  W ciągu ostatniego miesiąca 'zjadłam' już trzy pomadki. Co mnie samą zadziwia, bo zazwyczaj wykańczam je w tempie iście żółwim. Ale na pewno też tak macie, że w każdej torebce czeka schowana i zachomikowana pomadka, którą używa się tylko wtedy, gdy do zmyślnej głowy przyjdzie myśl o idealnym dopasowaniu 'tej kopertówki do tamtych sandałków' :) Uprzedzam Was jednak, że w moim rozumowaniu idealne dopasowanie to nie jest hasło 'buty i torebka pod kolor', a wręcz przeciwnie. Ale wracając. Pozbierałam wreszcie zalegające resztki i okazało się, że lada chwila zostanę bez żadnej pomadki. A ta poniżej była jedną z moich ulubionych i akurat za nią będę tęsknić.
Drogie panie, przedstawiamy koleżankę z zagramanicy:

Antioxidant-Infused Lip Balm Lemon & Black Cherry firmy C.O. Bigelow 



Na pierwszy rzut oka zwyczajna szminka. Nie mogłam darować sobie tej antyoksydantyczności (słowotwórstwo mnie kocha, ja kocham słowotwórstwo, poloniści - zlitujcie się!), bo jak niby to zmierzyć w pomadce? Ano chyba jednak można, przynajmniej ceną, która jeśli dobrze pamiętam mieściła się pomiędzy siedem-osiem dolarów. Jak na zwykły balsam do ust to sporo, ale przecież nasze usta też chcą antyoksydantów! Dajemy antyoksydanty twarzy to i ustom też się coś z tego życia należy. Wracając jednak do sedna.


 Niee, jakie sedno. Nie dość, że antyoksydacyjna to i w stu procentach naturalna. Widzicie? Mało dobrego dla ust, więc jeszcze więcej natury. Usta mruczą z zadowolenia, portfel powątpiewa, ale właścicielka używa.


 O, właśnie tak używa. Tak namiętnie, że wygrzebywanie ostatnich części pomadki odbywało się przy żałobnych jękach i westchnieniach. Cóż, skończyła się, ale starczyła na kilka miesięcy. Z założeniem, że nie była używana regularnie, a jedynie od widzimisie.  


Kochane - jeśli lubicie cytrynę to coś dla Was. Ja byłam oczarowana zapachem. Chociaż tej czarnej wiśni to ani trochę nie czułam. Cytrynka gra tu absolutne pierwsze skrzypce. Balsam ma bardzo przyjemną, rozpływającą się konsystencję, która jednak w cieplejsze dni skutkowała dosłownym rozpływaniem się kosmetyku na ustach i bardzo łatwą aplikacją. Jednak sztyft nie złamał mi się ani razu, co uważam za wielki plus. Pomadka nie odżywiała spektakularnie, raczej bardzo dobrze. Efekt nie był zbyt długotrwały, a sam balsam utrzymywał się na ustach dosyć krótko. Ubolewam, że jest dostępna za granicą lub na Amazonie (ale ostrzegam, cena jest wysoka...), bo ją polubiłam. 

Mogłybyście mi polecić jeszcze jakieś balsamy do ust o smaku/zapachu(w tym przypadku to chyba to samo) cytrynowym? Na lato wolę własnie takie smaki niż słodkie i otulające :)

Komentarze

  1. Nie lubię cytryny i nic cytrynowego, bo musiałam jeść kiedyś jej duże ilości :D Także niestety Ci nie pomogę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi Mama w dzieciństwie cytrynę na plasterki kroiła, bo tak mi smakowała. I to zostało do dzisiaj:)

      Usuń
  2. Taaak, w kazdej torebce mam przynajmniej jedną pomadkę/błyszczyk... Chyba nigdy nie zużyję swoich zapasów jeśli chodzi o kolorówkę :( Ja uwielbiam cytrynę, ale nie znoszę cytrusowych kosmetyków więc raczej nie pomogę :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O zapasach z kolorówki to ja nawet nie myślę, bo chyba rok bym nic nowego kupić nie mogła ze zgryzoty :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Nie lubię reklam, ale komentarze i konstruktywną krytykę chętnie przyjmuję :)

Popularne posty z tego bloga

Kosmetyczne pamiątki z Litwy

Drogeria Ezebra - warto! Trochę dziecinne zakupy na Dzień dziecka :)

Blistex Raspberry lemonade blast - recenzja