Warsztaty kosmetyczne Mary Kay

Jeśli przy tytule posta westchnęłyście to uspokajam - nie zamierzam niczego reklamować. Ale niedawno miałam okazję być na takim spotkaniu i postanowiłam coś nieco o nim wspomnieć, bo wiadomości o tej firmie na polskich stronach jest niewiele. Moja znajoma jest konsultantką Mary Kay i zapraszała mnie na organizowany przez nią huczny Dzień Kobiet, ale z racji braku czasu wolałam przyjść do niej w innym terminie. I ten termin nadszedł :) Dzisiaj jedynie wrażenia po zabiegu na dłonie, bo chcąc opisać całe spotkanie wyprodukowałabym zbyt dużo literek, by czytający później nie zasnęli w połowie.

Spotkania zazwyczaj odbywają się w domach konsultantek bądź klientek, ja akurat wybrałam dojazd do nich. Powitały mnie dwie młode i ślicznie umalowane dziewczyny. Moja znajoma M. przedstawiła mi swoją koleżankę jako uczennicę i praktykantkę w firmie, co jeszcze bardziej podsyciło moją ciekawość. Zostałam usadzona za ławą zastawioną różnego rozmiaru tubkami, tubeczkami i innymi kosmetykami, które miały wspólną szatę graficzną. Bladoróżowe opakowania z czarnymi zakrętkami - no czyż nie mówiłam, że nie lubię różu? To teraz dodaję, że pasteli też nie... Według tego powinnam chyba się urodzić chłopcem, ale do mnie ten kolor nie przemówił i kropka. Nadmienię też, że na spotkanie przyszłam nieprzygotowana i plułam sobie w brodę, bo nie sprawdziłam nic na temat tej firmy. Ale ok, zaczynajmy!

Pierwszym krokiem, zanim jeszcze zaczęłyśmy zabawę i taplanie się w cudownościach była ankieta na temat mojej skóry i pielęgnacji, jaką stosuję. Zdziwiłam się, że dziewczyny nie słyszały o firmie Melisa, z której namiętnie stosuję tonik. No dobrze, nieważne, ale skoro nawet mój chłopak ją zna z reklam tv i mojej toaletki to spodziewałabym się, że osoby zajmujące się kosmetykami na poważnie znają chociaż rynek. Idźmy dalej, może jednak złe wrażenie minie.

Krótki wykładzik o samej firmie, jej ideach i historii. I wzmianka o unikalności firmy, o czym ma niby świadczyć sprzedaż przez konsultantki. Ekhem... Po czasach gimnazjum i zachwytu Avonem i Oriflame, kolorowymi katalogami i pachnącymi stronami, które zawsze miały wręcz wytarte stroniczki jestem nastawiona do takiej formy troszeczkę z dystansem. Zwłaszcza dobór kolorówki przez katalog często bywał kłopotliwy, czego i tutaj się spodziewałam, ale dobrze, posłucham dalej.

Ale wykład się skończył, ku mojej uldze, bo nie lubię słuchać zachwytów nad tym, jak to 'nasze jest najlepsze'. Ok, pora na łapki i zabieg Satynowych Dłoni. No brzmi cudnie, nieprawdaż? Najpierw M. wycisnęła mi na dłoń Krem Zmiękczający Skórę (posiłkuję się nazwami z oficjalnej strony, bo poza małymi wyjątkami kompletnie nie pamiętam nazw kosmetyków, które na sobie miałam, a z pamięci powiedziałabym , że krem był wazeliną, bo dokładnie tak wyglądał.), który ma za zadanie przygotować skórę do następnego kroku, jakim jest Peeling Myjący do Rąk w wygodnej butelce z pompką. Tu chwilka, bo w życiu nie miałam oddzielnego peelingu do dłoni. Zazwyczaj traktuję je peelingiem z Joanny, który nie jest zbyt mocny a efekt mnie zadowala. Po zmyciu kosmetyku z dłoni przyszedł czas na Regenerujący Krem do Rąk. I jak cały zestaw miał mieć niby zapach brzoskwiniowy, to najbardziej pachniał chyba własnie krem. Krem, który ładnie otulił skórę, wygładził, ale i zostawił na dłoniach film. Hmm, są ludzie, który taką pamiątkę lubią. Ja zaś nie, ja kremów zostawiających na dłoniach ślad nie lubię i wtedy mam ochotę je wytrzeć z tej tłustości. 

Koniec z dłońmi, już cacy są i można pierścionki stadami nosić. Miękkie? No miękkie, ale miękkość mam po zwykłym peelingu i kremie do rąk, naprawdę nie mam zbyt wymagających dłoni. Zabieg wedle słów M. i jej koleżanki miał trwać długo, ja dzisiaj już mam suche dłonie, a minęły trzy dni. Nie spodobał mi się, ale liznęłam luksusu bo cena takiego zestawiku to 149zł. Jeden, największy dla nie minus to brak jakichkolwiek informacji o składach kosmetyków na stronie. W opisie 'zawartości alantoiny' w kremie mnie nie przekonuje, bo gdy poszperałam chwilę w internetach trafiłam na skład tegoż kremu, gdzie wspomniana alantoina jest już po zapachu. Z kolei krem w teorii bezzapachowy ma w składzie właśnie Parfum... Nabijania w butelkę nie lubię, ale trudno. Kosmetyki sprzedawane są w komplecie, nie można kupić żadnego z nich oddzielnie. Pojemności to 60ml Kremu Zmiękczającego, 220ml Peelingu i 85ml Kremu Regenerującego. Trochę słabo, biorąc pod uwagę, że zwykły krem z Czterech Pór Roku kosztuje kilka razy mniej, a ma większe opakowanie. 

Po zabiegu moje dłonie wyglądały całkiem normalnie. Nie bił od nich żadnej blask, chyba że doliczymy do tego tą tłustość. Fu, fu, krem już nie dla mnie, chociaż jestem pewna, że swoje zwolenniczki ma. Ja niestety nią nie zostałam. Ale czekałam na część pielęgnacji twarzy, która już miła milsza :)

Komentarze

  1. Jak dla mnie to te wszystkie firmy katalogowe typu Mary Kay i FM its są za drogie! Jedynie Avon daje radę i to tylko wtedy kiedy mają promocje. Ja wolałabym wydać więcej kasy na firmę o dobrej renomie typu Vichy, Clinique, a nie jakieś Mary Kay :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdecydowanie za drogie. Zwłaszcza, że opinii o ich kosmetykach jest niewiele i nie wiadomo, czego się spodziewać. Z Avonu zawsze czekałam na promocje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też przez większość życia nie miałam peelingu do rąk, ale kilka miesięcy temu skusiłam się na taki Avon planet spa, a teraz mam też fajny Eveline ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Nie lubię reklam, ale komentarze i konstruktywną krytykę chętnie przyjmuję :)

Popularne posty z tego bloga

Kosmetyczne pamiątki z Litwy

Drogeria Ezebra - warto! Trochę dziecinne zakupy na Dzień dziecka :)

Blistex Raspberry lemonade blast - recenzja