Warsztaty kosmetyczne Mary Kay cz. 2

Mając już dłonie księżniczki, którą każda z nas i tak już jest, dziewczyny przeszły do twarzy. Spytały mnie o moją rutynową pielęgnację i makijaż. Nie uważam, żebym używała zbyt wielu kosmetyków, chociaż akurat tych z Mary Kay nie stosowałam nigdy. Zostałam poinformowana, że niniejszym zostanę wymiziana kosmetykami z serii Time-Wise, przedłużającymi młodość. Kochane, ja dopiero w młodość wkraczam, ale dobrze, przedłużajmy wszystko, śmiało :)

Na tejże samej ławie, przed którą siedziałam, a która uginała się pod dobrobytem pastelowych tubek i zapraszała kosmetyczne sroki do siebie, stało także lusterko z podstawioną przy nim plastikową tacką. M. wycisnęła na tą tackę Mleczko 3 w 1. Biała, dosyć rzadka konsystencja z zatopionymi w sobie czerwonymi kuleczkami, przed która stoją zadania mleczka do demakijażu, toniku i peelingu. Ja zaś dostałam polecenie nabrania jej na palce i rozgrzania, po czym miałam masować twarz, co nadzorowały obie moje konsultantki. Masaż jak masaż, przyjemny, ale działania drobinek zawartych w mleczku nie czułam zupełnie, więc wątpię w to peelingujące działanie, a jestem z tych preferujących mocne zdzieraki. Po zmyciu mleczka twarz była oczyszczona, ale nie ściągnięta, czym mleczko zaplusowało. Jednak nie zmywałam nim oczu i nie wiem czy równie dobrze zachowałoby się w tych wrażliwych okolicach. Druga w kolejności była Nawilżająca Emulsja Przedłużająca Młodość. Emulsja jak emulsja, biała i także rzadka, umieszczona w nieco mniejszej tubie niż mleczko. Miałam wrażenie, że moje policzki ją piją, bo nałożyłam jej dosyć sporo, a po chwili już nic nie było. A nie uważam, żebym je miała przesuszone. Przyjemna, szybko się wchłania. Niestety, nie wiem, czy do matu, bo nie zerknęłam w lusterko tylko dostałam kolejną maź do wsmarowania w swe liczko. Co tym razem? Ano Serum na Dzień z Filtrem SPF, ale z instrukcją wklepania go jedynie pod oczami. Nad tym filtrem się jednak zatrzymam, bo to wymaga wyjaśnienia. Na spotkaniu nie patrzyłam dokładnie na numerek, będąc niemal pewna, że zazwyczaj takie produkty mają dosyć niski filtr. Na stronie Mary Kay w opisie produktu mamy już filtr 30, na zdjęciu buteleczka ma już naklejkę z SPF 35, a w katalogu zmalał już do 25. I nie wiem, komu wierzyć... Minus dla firmy, brzydko. Filtr wchłaniał się dosyć długo, ale przy okazji zostałam poczęstowana poradami na temat okolic oczu i ciekawostką, że serum można stosować także na makijaż. Nie wiem, czy nakładanie kosmetyku pielęgnacyjnego na skórę już pokrytą warstwą podkładu i/lub pudru ma jakikolwiek sens, niemniej dla mnie brzmi śmiesznie i nie chce mi się wierzyć, że cudowne składniki byłyby w stanie się przedrzeć przez kolorową zaporę. Trójka ta plus Serum na Noc wchodzi w skład Cudownego Zestawu Timewise. Aż takiej cudowności nie wyczułam, by potwierdzić te cudowne opisy jakże cudownych kosmetyków, których cena, już nie cudowna, wynosi 350 zł. Cudo, dziękuję, postoję. Wolałabym wydać taką kwotę na coś innego, choćby milion lakierów do paznokci.

Ale wreszcie! Nareszcie! Przeszłyśmy do makijażu i po nim oczekiwałam już czegoś nowego, bo zostało mi obiecane, że M. dobierze mi podkład, róż oraz bronzer. Dziewczyny zdecydowały, że jedną połowę twarzy potraktują podkładem matującym, a drugą rozświetlającym, po czym przystąpiły do wybierania odcienia. Nie wiem, jak Wy, ale ja się czuję dosyć niekomfortowo, gdy ktoś majstruje mi przy twarzy, a ja nic nie widzę, bo musiałam zdjąć okulary. Po werdykcie, że pasuje do mnie najbardziej odcień nr 5 zostałam poinstruowana, by użyć pędzla do nałożenia podkładu. Cóż... Pędzla nie używam do podkładu i po cichu żałowałam, że nie zabrałam ze sobą swojego różowego jajca, bo nim nakłada mi się wygodniej niż pędzlem. Ale przecież to wyzwanie! Ledwo maznęłam wersją rozświetlającą skórę, gdy od razu dało się zauważyć, że jednak nie jestem do takiego rozświetlenia przeznaczona i całą twarz jednak potraktowałam matującym dosyć jasnym odcieniem. Rozprowadzał się dość dobrze, jednak był zbyt mocno kryjący, jak na mój gust. Nie mam zbyt wiele do ukrycia i najważniejszy aspekt podkładu to dla mnie ujednolicenie cery, bo na większe niespodzianki stosuję korektor. Drogeryjne podkłady zawsze są dla mnie za ciemne i ten od Mary Kay także mi się takim zdawał, więc dokładnie go roztarłam na granicy twarzy i na żuchwie. Kolor nie odcinał się od szyi, ale czułam jednak lekką maskę. Podkład był po prostu widoczny na twarzy, co mi nie odpowiada i nie tego oczekiwałam. Przyglądając się sobie w lustrze słuchałam wahań M. co do koloru różu. Ostatecznie zostałam pomalowana Rozświetlającym Pudrem Sheer Dimensions w kolorze Ribbon bądź Lace, pewna nie jestem. Wszystkie odcienie to koszt 135 zł za sztukę. Konturowanie zaś było za pomocą odcienia Chiffon, pięknego chłodnego bronzera, który mnie urzekł. Nie był ani trochę pomarańczowy, jednak miał widoczne drobinki. Zarówno róż, jak i bronzer zostały później roztarte pudrem mineralnym. I tu klapa, bo nie patrzyłam jakim... Wstyd!
Ale moje odbicie w lustrze mi się nawet podobało. Pomijając za mocny podkład, który mnie nie zachwycił to konturowanie było bardzo w porządku. Na co dzień nie maluję się tak mocno, więc potrzebowałam chwili, aby przywyknąć, jednak było naprawdę w porządku. Jako wisienka na torcie jeszcze błyszczyk w żelu z serii @Play. Szczerze to w nim najlepszy był kolor, piękna malina Berry Me. Klejący, gęsty i ciągnący się błyszczyk przypomniał mi te z Joanny Naturii, ale te tańsze jednak były lepsze. Uciechę @Play możemy sobie zafundować już za 35 zł, co zważywszy na jego właściwości jest zbyt wygórowaną ceną. Nie polecam. 

Krótko podsumowując jestem średnio zadowolona. Dziewczyny, zarówno M. jak i jej koleżanka były bardzo miłe, zostałam wypytana o swoje kosmetyki, jednak nie o wszystko. Nie został mi zaproponowany żadne korektor, mimo że właśnie tego dnia powitała mnie czerwona kropka. To jeszcze jeden dowód na krycie podkładu, bo później nie było po niej śladu. Nie skusiłam się na zakup żadnego z kosmetyków, ze względu zarówno na ceny jak i brak wielkiego zachwytu po ich zastosowaniu. Dodatkowo obiecałam, że nie kupię nic przez te 40 dni i jestem nadal twarda. Radości na obliczach moich konsultantek to nie wywołało, zdaję sobie z tego sprawę, jednak chyba nie jestem gotowa na taki luksus.

Makijaż wytrwał przez cały wieczór. Najszybciej zaczął się ścierać błyszczyk, bo wytrzymał około 2 godziny bez jedzenia i picia. Mat utrzymywał się przez minimum 5 godzin. Całość wytrzymała nawet mecz piłkarski, na którym byłam aktywnym kibicem z dosyć mocnym makijażem. Z kolei otrzymałam komplementy od moich męskich znajomych, więc chyba nie było tak źle.

Nawiasem - nie rozumiem dlaczego firmy nadal stosują sprzedaż przez konsultantki. Dla mnie to nie jest wygodne, wręcz kłopotliwe, bo nie mogę spokojnie pomacać kosmetyki i sprawdzić jego składu, tylko muszę wierzyć na słowo katalogowi, a składów szukać w internecie. Bez sensu...

Komentarze

  1. Kiedyś w CH zaczepila mnie pani z mary kay, doznałam lekkiego szoku bo strasznie mnie komplementowała:P no i wyludzila mojego maila, co jakiś czas dostaje zaproszenia, ale nie korzystam. Co do konsultantek na studiach byłam w Oriflame, ale mi się znudziło. W liceum często kupowałam z avonu, a teraz rzadko. Wnerwia mnie, że trzeba długi czekać na zamówienie podczas gdy w dowolnym sklepie mogę kupić to co potrzebuje od ręki. Także już mnie to nie kręci, ale czasem się skuszę na coś drobnego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Coś drobnego to pewnie, ale nie zestaw za 350 zł... Wiem, że konsultantki są szkolone, żeby zachęcić potencjalną klientkę do zakupu, ale na mnie to nie zadziałało :) A nikogo z Avonu ani Oriflame teraz nie znam więc nawet mnie nie kusi, bo nie wiem, co teraz mają w ofercie :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe to co piszesz, w niektórych momentach sie usmiałam :)
    Ale faktycznie konsultantki to już nie ta epoka, teraz konsument jest bardziej świadomy (mam nadzieję )
    :)
    A ja tej firmy nie znam i raczej poznac nie chcę ...

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak dla mnie to wszystko jest strasznie drogie jak na firmę, która nawet nie ma dobrej renomy, mało osób ją zna więc nie powinni narzucać takich cen :/

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Nie lubię reklam, ale komentarze i konstruktywną krytykę chętnie przyjmuję :)

Popularne posty z tego bloga

Kosmetyczne pamiątki z Litwy

Drogeria Ezebra - warto! Trochę dziecinne zakupy na Dzień dziecka :)

Blistex Raspberry lemonade blast - recenzja